Zapomnijcie o romantycznych spacerach w blasku Księżyca i poetach wzdychających do srebrnego globu. Kiedy spoglądamy dziś w rozgwieżdżone niebo z odpowiednio biznesowym nastawieniem, zamiast świetlistej tarczy powinniśmy widzieć… wielką, dryfującą w próżni stację benzynową, połączoną z gigantyczną kopalnią odkrywkową. Wyścig kosmiczny 2.0 dawno przestał być sztuką dla sztuki, polegającą na wbiciu flagi i nagraniu niewyraźnego wideo.
W czasach zimnej wojny chodziło o prestiż i udowodnienie, kto ma większe rakiety. Dziś gra toczy się o twarde surowce, zaś kluczowe w tym aspekcie pytanie: „kiedy zaczniemy ryć w Księżycu” ma już całkiem konkretną, ziemską datę ważności.
Po co w ogóle wybierać się z autonomicznym, laserowym kilofem na tę szarą, zakurzoną pustynię? Odpowiedź brzmi zagadkowo i zadziwiająco znajomo: dla lodu. Brzmi to może mało luksusowo – w końcu lód mamy we własnych zamrażarkach – ale ten księżycowy, ukryty w wiecznie zacienionych kraterach, to absolutny bilet do gwiazd. Zawieziene butelki wody z Ziemi na orbitę kosztuje krocie, bo woda jest po prostu ciężka. Tymczasem na Księżycu leży sobie i czeka. Można ją stopić do picia dla astronautów, a prądem ze słonecznych paneli rozbić na wodór i tlen. A to nic innego jak genialne, wysokooktanowe paliwo rakietowe. Księżyc, w pierwszej fazie jego eksploatacji przez ziemian, stanie się więc naturalnym, międzyplanetarnym CPN-em dla misji lecących w głęboki kosmos. Tankowanie w nieważkości z widokiem na Ziemię? Brzmi jak świetny biznes.
Do tego kosmicznego koszyka dorzućmy metale ziem rzadkich, bez których nasze smartfony czy samochody elektryczne dostałyby zadyszki, oraz prawdziwego Świętego Graala energetyki, jakim niewątpkiwie jest hel-3. Przez miliardy lat wiatr słoneczny bombardował pozbawiony atmosfery Księżyc, wzbogacając regolit o ten niezwykle rzadki izotop. Na Ziemi hel-3 praktycznie nie występuje, a mógłby zasilać bezodpadowe, bezpieczne reaktory fuzji jądrowej. Zamiast dymiących kominów i hałd węgla – czysta, niewyczerpana energia. To, co brzmi jak fabuła filmu science fiction, w excelach światowych agencji kosmicznych i korporacji miliarderów jest już po prostu biznesplanem.
Harmonogram tego kosmicznego placu budowy jest nieźle zarysowany. Obecna dekada, z flagowym programem Artemis na czele, to faza załatwiania pozwoleń, wytyczania działek i przywożenia pierwszych kosmicznych betoniarek. Prawdziwa zabawa na skalę przemysłową zacznie się w latach 30. XXI wieku. Zamiast wozić wszystko z Ziemi za kosmiczne pieniądze, zastosujemy zasadę „zrób to sam” – czyli technologię ISRU (In-Situ Resource Utilization). Zautomatyzowane łaziki i wielkie drukarki 3D zaczną przerabiać lokalny regolit na cegły, budując habitaty chroniące przed promieniowaniem. To będzie księżycowa autarkia, gdzie nic się nie marnuje, a wszystko pachnie zużytym prochem (tak podobno pachnie księżycowy pył).
Faza „eksportowa”, czyli wysyłanie urobku na Ziemię, to realnie lata 40. i 50. naszego stulecia. Zanim jednak poślemy w kosmos floty autonomicznych wywrotek, musimy ogarnąć jeden drobny, ale irytujący szczegół jakim jest ziemskie prawo. Traktat z 1967 roku mówi jasno, że Księżyc to dobro wspólne ludzkości i nikt nie może wbić tam tabliczki z napisem „Teren Prywatny. Wstęp Wzbroniony”. Tyle że mocarstwa mają swoje, bardziej elastyczne interpretacje. Amerykańskie porozumienia Artemis Accords delikatnie sugerują, że może i Księżyc jest wspólny, ale jak już coś wykopiesz swoim sprzętem, to ten konkretny urobek jest twój. Chiny i Rosja mają na ten temat własne zdanie. Szykuje się nam więc kosmiczny „Dziki Zachód”, gdzie zamiast kowbojów zobaczymy prawników w skafandrach próżniowych, kłócących się przed trybunałami o to, czyj krater ma lepsze nasłonecznienie.
Kiedy zatem zaczniemy na poważnie eksploatować Księżyc? Prawnie, testowo i infrastrukturalnie – w zasadzie już to robimy na naszych oczach. Górnictwo na lokalne potrzeby to kwestia zaledwie kilkunastu lat. Przemysłowe fedrowanie zasobów i wysyłanie ich na Ziemię zobaczymy w pełni najpewniej jeszcze przed naszą emeryturą. Srebrny Glob bezpowrotnie traci swój dziewiczy, romantyczny urok na rzecz wielkiego, głośnego przemysłu. Ale pomyślmy o pozytywach: przynajmniej będzie gdzie zatankować po drodze na turystyczne all-inclusive pod marsjańskimi kopułami.
