Dzień premiery Tesli Roadster będzie zapamiętany. Może nawet tak jak Steve Jobs prezentujący pierwszego iPhone’a.

Znowu za sprawą Elona Muska, który “znowu to zrobił”, pokazując światu prawdziwe latające auto. Nie dziwną hybrydę samolotu i auta, nie pasażerskiego drona. Pokazał Lambo z silnikami rakietowymi w podwoziu i dopalaczami z tyłu, czyli nową Teslę Roadster.

Jednak ten felieton nie skupi się na opisie Roadstera czy jego parametrach, a na drobnym wycinku tego dnia, czyli komentarzach na X.

Przebieg tego dnia i wybijające się posty niemalże ułożyły się w fabułę, ze zwrotami akcji, bohaterami i czarnymi charakterami. Ale po kolei.

Co ja właśnie zobaczyłem?

Budzik. Kawa. Telefon. Algorytmy Google’a poukładały newsy w taki sposób, że pierwsze, co zobaczyłem tego dnia, to nowy minutowy film od PsyopAnime wrzucony godzinę temu. Mam do nich słabość, dlatego zawsze mają pierwszeństwo. Film pokazywał animowane, lądujące na drodze Lambo z silnikami rakietowymi i Elona Muska nonszalancko rzucającego „Nigdy nie obstawiaj przeciwko mnie”.

Wtedy zobaczyłem proponowane treści Bloomberga, CNN, Reutersa – i już było jasne, że to nie fikcja oraz że ten dzień dla wielu branż będzie długi. Jednak grawitacja to nie jedyny przeciwnik, którego Roadster będzie musiał pokonać tego dnia. Dawny Twitter, czyli X, już gorąco komentował nocną premierę z USA.

Przeciwnik numer jeden: Auto dla ludu

Pierwszym typem contentu, który zaczął się pojawiać na X, było porównanie nowego Roadstera do niedawnych paryskich targów motoryzacyjnych, na których głośną ekspozycję zaprezentowały koncerny Stellantis oraz Renault. Oba koncerny jak powietrza potrzebują sukcesu po latach stagnacji, myślenia życzeniowego i chaosu legislacyjnego UE.

Tym razem Stellantis musiało się postarać, ponieważ marki takie jak Peugeot, Opel czy Fiat, poza rozbudowanymi sieciami dealerskimi i ASO, w zasadzie nie są już konkurencyjne względem Chińczyków. Można oczywiście toczyć spory co do awaryjności czy jakości, ale każdego miesiąca Chińczycy przekonują coraz więcej klientów.

Ja natomiast z satysfakcją oglądałem, jak na scenę znowu wjeżdża Peugeot RCZ czy 205, dwa duchy tęskniące za 200 km/h na pustyni rajdu Paryż-Dakar, w gamie pełnej „vanów z dieslem”.

Opel STX pamiętający pierwsze miejsce na podium niemieckiego premium, nie jedynie wkurzonych przedstawicieli handlowych. Nawet Multipla wróciła z nowym pomysłem na siebie, ponownie tak absurdalna, że aż cudowna.

Jednak to nie one były sercem tych targów, a nowa Alfa Romeo – dosłownie sercem, bo została nazwana Cuorerosso, czyli Czerwone Serce. To ostatni dzwonek, bo fajność nowej Alfy jest odwrotnie proporcjonalna do opłakanego stanu biznesowego tej firmy, która aktualnie rozdrabnia się na nowe kolekcjonerskie wersje ponad 10-letniego Stelvio i ciągle przeciąga premierę nowej generacji.

Był również Citroën, który zamiast szukać w retro-klasykach takich jak XM, postawił na mały miejski samochód dla mas – 2CV, czyli starą dobrą „Cytrynę”, również w wersji dostawczej. Na targach pojawił się też prezydent Emmanuel Macron, który starał się ogarnąć nowe Renault E-Space, które znowu jest minivanem. Szczególnie jego zdezorientowane miny i gesty razem z Citroënem będą tego dnia zestawiane z Teslą.

Bo to właśnie mały Citroën, a nie sportowa Alfa czy technologiczny Peugeot, okazał się być rywalem Tesli w tej dyskusji. Tego, jaką formę powinien mieć samochód we współczesnej ekonomii.

Pierwsze europejskie komentarze o nowym Roadsterze próbowały wyśmiewać latanie, logicznie wskazując, że takie bajery nigdzie nie dostaną homologacji drogowej, podobnie jak „dopalacz”, czyli zestaw tylnych dysz na sprężone powietrze, dzięki którym Tesla robi setkę w około sekundę. To również jest długo ścigany przełom w motoryzacji, ale, o ironio, najmniej ciekawy. Podnoszono też, że ani technologia docisku, ani wykorzystania sprężonego powietrza nie są nowe, ponieważ samochody F1 już eksperymentowały z tą technologią (to te szalone czasy, gdzie bolidy miały po 6 kół), jednak technologia była niebezpieczna oraz mało efektywna.

Citroën z kolei jest autem uczciwym w swojej racjonalności, prostym, ale nowoczesnym, realnie walczącym z wykluczeniem komunikacyjnym. Niewątpliwie są to zalety, które budowały całe marki samochodów, np. Dacia. Problem w tym, że ton tych wypowiedzi niebezpiecznie skręcał w rejony, o których już kiedyś słyszeliśmy. O tym trochę niżej. Tak bardziej w stronę Garbusa niż Dacii.

Cytryna obudziła nostalgię, ponieważ równie często jak Tesla zaczął viralować montaż „Francja kiedyś była super”, czyli krótki klip pokazujący, jaką rewolucją i awangardą technologiczną była kiedyś Francja, przy czym nie udostępniały go jedynie konta francuskie.

To przegląd TGV, Concorde’a, Airbusa i Dassault – koncernów, które szły łeb w łeb z amerykańskimi odpowiednikami. Futurystycznych samochodów i programów kosmicznych. Pionierstwa w technologiach atomowych i czterdziestu takich elektrowniach, które pracują do dzisiaj, podczas gdy nasza część Europy nadal cierpi traumę Czarnobyla, a budowa naszego pierwszego polskiego atomu to patologia na inne opracowanie.

Puentując poranek, Teslę zestawiono ze światem, który nie istnieje. Z Francją, której już nie ma oraz sugestią: po co nam latające auto, gdy możemy mieć Malucha.

Przeciwnik numer dwa: Kawaleria ze Stuttgardu

Francja na chwilę zeszła na drugi plan. Porsche tego samego dnia również miało premierę. Pokazali nowy model Mission S, który nie jest 911 z przestawionym spoilerem. Samochód bardzo imponujący. Budzący skojarzenia ze starymi hypercarami budowanymi w ilości 10 sztuk, na które stać 10 osób, ale za to budzący poczucie, że nasza inżynieria i postęp technologiczny idą do przodu. Poczucie, że nawet gdy takie auto nas bezpośrednio nie dotyczy, wiedza, która posłużyła do jego zbudowania, posłuży nam w dziesiątkach innych codziennych przedmiotów. Coś, czym każdy Niemiec może się pochwalić, że to dzieło Niemiec.

Taka mała guma Turbo z naklejką, mówiąca dziecku, aby się uczyło i nie piło alkoholu, bo to klucz do dobrego życia i robienia takich fajnych samochodów w przyszłości.

To tyle z miłych rzeczy. Ta premiera to był koszmar każdego marketingowca i PR-owca, szczególnie w firmie o tak trudnym położeniu jak Porsche. Posty pytające, czy nowe Porsche lata, otrzymywały niemal tyle samo polubień i udostępnień co premierowy post. Większym viralem rozeszły się zdjęcia będące parodią scen z Top Guna, na których Roadster leci nad Mission S, niż oficjalne zdjęcia prasowe.

W obronie Porsche pojawiały się komentarze mówiące, że to auto przynajmniej można kupić, jednak szybko były kontrowane pytaniem: „Jak myślicie, gdzie właśnie dzwonią kolekcjonerzy z Dubaju, po kolejny torowy model czy po pierwsze prawdziwe latające auto, które już jest częścią historii naszej techniki?”. Pojawiały się również nawiązania do obecnej prasy Porsche, o której warto wspomnieć, bo dopełnia obrazu.

Tragiczna sytuacja finansowa, twierdzenia chińskich producentów, że oni już pokonali Porsche, a ich sportowe modele coraz rzadziej próbują udawać Taycana. Masowe zwolnienia w VAG-u. Szczyty rankingów awaryjności, coraz niższa ocena jakości obsługi klienta, no i prasa bieżąca.

W samej Polsce: od najsłynniejszej w Polsce Panamery, która stała się symbolem złodziejstwa i patologii systemowej – takiej prawdziwego przez które umierają ludzie, nie obelgi z zazdrości, do często udostępnianego tego dnia kierowcy Cayenne, który pobił starsze małżeństwo na skrzyżowaniu.

Na to wszystko kilka godzin później odpowiedziało Porsche drugim oficjalnym postem, w stylu, że ich „prawdziwa” motoryzacja nie musi latać, by budzić emocje.

Nie przemyśleli tego dobrze, ponieważ w tym momencie latały już filmy, gdzie mężczyźni oglądający w barach premierę Tesli wiwatują, gdy ta zaczęła latać. Sceny kojarzone z meczami piłkarskimi i obrazem wybuchowej, prawdziwej radości. Wiele różnych wideo tego typu, gdzie wszyscy faceci radośnie krzyknęli „NARESZCIE!”.

Porsche nie zrozumiało, że już nie ściga się z Teslą, a z KITT’em z Nieustraszonego a inni producenci wyczuli, że lepiej się dzisiaj nie odzywać na temat emocji.

To tyle o autach. Teraz zrobi się poważniej.

Przeciwnik numer trzy: Demokraci

Ta dyskusja szybko przerodziła się w ton: Kapitalizm vs Socjalizm. W tym wypadku Musk siłą rzeczy jest uosobieniem kapitalizmu, a samochód bezpośrednim narzędziem indywidualizmu, a latający samochód – skrajnego indywidualizmu.

Pamiętacie taką grafikę, gdy zestawiano ze sobą Mercedesa z RFN i Trabanta z NRD, z podpisem: „Ten sam rok, ten sam naród, dwa różne systemy”? Teraz tym Trabantem jest Citroën 2CV, z argumentacją, że jest to małe auto dla ludu, a Tesla to jakieś oszołomstwo Muska robiącego saluty rzymskie. Nie sądziłem, że zobaczę, jak ktoś bierze Trabanta z tego obrazka i na serio zaczyna nam opowiadać, że model NRD jest lepszy.

Rzecz jasna narracja o aucie dla ludu nie dopowiada, że ten Trabant czy Fiat 126p to maks, na co ten lud mógł liczyć. Mercedesy w NRD jak najbardziej były, co prawda jako Wołgi i podobne radzieckie konstrukcje (w założeniu luksusowe), ale w kwestii statusu społecznego i dostępu do dóbr, mówiły to samo co Mercedes.

Po transformacji ten zakodowany obraz przejęły wszelkie firmy, organizacje, a nawet grupy przestępcze z za czerwonej kurtyny. W BMW, tak jak wcześniej w Czarnych Wołgach, jeździły zakapiory i organ wykonawczy, ale zarząd zawsze w Mercedesach.

To się zmieniło po 2005 roku, ponieważ coraz częściej klientem docelowym limuzyn nie był już klasyczny krawat po 30 latach kariery i pięcia się w górę, a nowe bogactwo, np. twórcy internetowi. W dodatku Mercedes otworzył się również na bardziej ludowe modele, dostosowując się do nowej ekonomii. Stereotyp powoli zanikał.

Problem w tym, że ta druga część o aucie dla ludu jest nieobecna w dzisiejszej narracji. Bo wiecie: tym razem na pewno się uda.

Na Zachodzie również nie obyło się bez hipokryzji. Chociażby viralowe wideo z Alexandrią Ocasio-Cortez – gwiazdą partii Demokratów (często podpisywaną jako AOC). Połączono wideo latającej Tesli z jedną z jej starszych wypowiedzi, w której określała Muska jako najgłupszego bilionera, z jakim miała okazję rozmawiać. Pojawiała się również krytyka Gavina Newsoma, aktualnego gubernatora Kalifornii i jego obietnic wyborczych w zakresie komunikacji publicznej – tak, tam również mają problemy z takimi rzeczami jak wykluczenie komunikacyjne.

Musk i Newsom, mimo utrzymania pewnych szczebli współpracy, politycznie są w konflikcie, nie szczędząc sobie krytyki, szczególnie że Tesla uciekła z Kalifornii, imiennie jako powód wskazując politykę Newsoma.

W komentarzach politycznych zauważalna była jeszcze jedna prawidłowość, przynajmniej na polskim podwórku. Prawicowych polityków piszących o Roadsterze, często w tonie upadku Europy, komentowało średnio 150 osób, w jednoznacznie negatywnym tonie, z tymi samymi argumentami. Więc tak: szkalowanie Tesli na X to zorganizowana akcja.

Wojna klas na całego.

Meta: Smutna czkawka Europy

Amerykanie tego dnia świętowali i nie obchodziła ich Europa. Było słychać klasyczny dla nich okrzyk, gdy wygrywają: USA, USA, USA.

Chińczycy dostali produktywnego „biczslapa”, szczególnie BYD, który całkiem niedawno chwalił się supersamochodem, który skacze nad przeszkodami i pokonuje wszystkie rekordy na Nürburgringu. W swoim wygrywaniu zaczynali być aroganccy, co było czuć w ich wypowiedziach.

A Europa? Udawała, że nie widzi chińskich sukcesów technologicznych, przytaczając stare totalitarne grzechy Państwa Środka. Bo wiecie, skoro takie historie są, to ich postęp się nie liczy.

Jednak USA to co innego. Motoryzacja to był ten jeden bastion technologii, w którym byliśmy lepsi. Amerykańskie marki, nawet te premium, były obiektywnie gorsze, brzydsze, bardziej plastikowe, więcej paliły i nie szanowały kierowców tłumacząc im aby nie pili płynu hamulcowego.

Tak czy inaczej zapanowała smuta, że być może europejski automotive za chwilę przestanie być globalnym wyznacznikiem premium. Tak jak Saab czy Dassault, Europa będzie próbowała wciskać tańsze i mniej pożądane zamienniki do dziwnych krajów arabskich, licząc na to, że nie potrafią tam kalkulować albo ich nie stać na F-35.

W związku z tym, gdy opadł kurz, mogliśmy przeczytać rozżalone dłuższe opracowania Niemców, Francuzów czy Hiszpanów, zastanawiających się, jak to się stało, że staliśmy się parodią prezentowaną jako przymocowana do butelki nakrętka. Trzeba oddać, że w dyskusjach pojawiał się czasem CERN czy holenderski ASML, jednak z poczuciem, że tej amunicji już użyliśmy w bitwie o AI.

Francuzi wspominali swój największy atut – awangardę i odwagę. Żal do samych siebie, że ich technika potocznie kojarzy się z dowcipem o czołgu z kilkoma biegami wstecznymi, a nie kiedyś prężnym programem kosmicznym. Inna sprawa, że taki czołg (a dokładniej samobieżne działo) istniał naprawdę, nie był francuski, a brytyjski, i nazywał się Archer. Powstał dlatego, że pod coraz silniej napierającym wrogiem trzeba było zaimprowizować maszynę wojenną z niekompatybilnych elementów, a wieżę udało się zainstalować na platformie tyłem. Może nie Francja, a Anglia, i nie czołg, a działo, ale duch pomysłowości i siła sprawczości te same.

Niemcy zastanawiają się, gdzie podział się ich geniusz inżynierii, z którego słynęli. Dlaczego nowe Porsche budzi politowanie, nie szacunek, mimo że jeszcze nie wyjechało na drogę, pisząc przy tym równie ckliwe posty o historii i marzeniach co Francuzi.

No, czasami wspominając jeszcze, co w języku współczesnej Europy znaczy słowo inżynier, ale z powodów obiektywnych i wczesną porę, nie grzebmy w tym.

Włosi nic nie pisali. Włosi są wkurzeni od dłuższego czasu. Rozumieją że pewne rzeczy im zrobiono, zaś włoski robotnik i inżynier, podobnie jak francuski, został zlinczowany jako winny tego stanu i sprowadzony do nieroba Giovanniego pijącego pół dnia espresso.

To, co było wymownie zauważalne, to to, że wiele z tych opracowań opowiadało o zatraconej ciekawości świata, odwadze, sile, kolejnym po AI ciosie i innych LinkedInowych pierdołach.

Natomiast to, co się nie pojawiało, to krytyka lenistwa intelektualnego, braku refleksji i tanich luksusowych poglądów, kojarzących się bardziej z przemowami kandydatek na miss o pokoju na świecie i równości, niż z refleksjami dojrzałych ludzi.

Prosty przykład:

Większość wymienionych w tym tekście samochodów (poza Alfą) to elektryki. Jeszcze do niedawna elektryk kojarzony był z autem, które ładuje się cały dzień po to, aby przejechać pół trasy z Warszawy do Krakowa. Jedynym jego sensem była emocja społeczna związana z płonącą planetą, a do tego niezrozumiałe dla obywateli, coraz bardziej groteskowe normy emisji spalin czy wykluczające SCT. Nie rozumieli tego ani producenci ani konsumenci a  europoseł przyciśnięty do ściany, zaczynał bełkotać wspomniane banały.

Gdy nasz postęp grzązł w dyskusjach o hipokryzji, Chińczycy postawili sprawę jasno: ich przemysł nie może być zależny od kotła w cieśninie Ormuz.

To właśnie dzięki nim auta elektryczne coraz bardziej przypominają spalinowe, ładowanie zajmuje niewiele dłużej niż tankowanie, w zamian za tą niedogodność dostajemy performance typu 4 sekundy do setki i wentylowany fotel. Prawdziwe auta dla ludu o parametrach auta dla zarządu.

Ok, teraz na poważnie, co tu chodzi?

Jasne jest, że przez najbliższe dwie dekady samochody nie będą latać, ponieważ nie mają po co latać. Nie w miastach, przynajmniej tych, które już powstały.

Nie w społeczeństwie, które międzynarodowo i pomimo sporów przez dekady wypracowało metody i reguły, aby samolot był bezpieczny.

Nie na podstawie silników gazowych, których objętość pozwala na trzy akrobatyczne sztuczki.

Czy więc za pokazem latającej Tesli kryje się coś więcej niż typowe dla Muska: „Bo mogę”?

Coraz częściej mówi się o fuzji SpaceX oraz Tesli, tworząc na giełdzie podmiot łączący cały ekosystem Elona Muska.

Nieprzypadkowo Roadster czerpie z technologii rakietowych i to właśnie ten aspekt ma być jednym z motorów napędowych tego pomysłu: aby sprzedaż Tesli mogła tworzyć prawny skutek dla projektów SpaceX oraz w drugą stronę, aby B+R rakiet i ich koszty można było transferować do Tesli bez pokrzywdzenia inwestorów SpaceX. Do tego Roadstera w czasie prezentacji prowadził Optimus – humanoid, który jest przedsięwzięciem nie mniejszym niż rakieta kosmiczna i równie trudnym do poukładania na giełdzie.

Kolejna dosyć oczywista rzecz: marketing. Cały świat zobaczył latające „Lambo” – markę, która jest międzynarodowym symbolem sukcesu finansowego. Tesla stworzyła projekt stylistyczny bardzo bliski starszemu Murciélago. W dodatku na to „Lambo” większość ludzi będzie stać i klient nie będzie miał poczucia, że jedzie tanią kopią albo, co gorsza, „Poor Man’s Ferrari”.

Wręcz przeciwnie, kierowca Tesli Roadster będzie miał poczucie, że gra w wyższej lidze niż jakikolwiek istniejący samochód przez najbliższe lata. Ten kierowca nie gra w wyścigu o przekroczenie 300 km/h, a jednego Macha i to w samochodzie z Nieustraszonego z którym może rozmawiać.

A jeszcze lepiej, gdy ta emocja przeniesie się na tańsze modele Tesli, np. rodzinnego SUV-a.

Ciężko o piękniejszą wizję samochodu przyszłości. To właśnie ten kontrast zobaczyliśmy, zestawiając premiery Roadstera i Mission S.

16.10.2026 zobaczyliśmy coś, co świat będzie wspominał tak jak dziś Jobsa i pokaz pierwszego iPhone’a.

A Europa? Wystarczyło znowu przejechać pałą po kracie, aby Lenin usiadł.