Kilka tygodni temu media społecznościowe obiegło sfabrykowane przez AI zdjęcie Rafała Brzoski: w szlafroku, skutego kajdankami, w otoczeniu policji. Jedno z tysięcy niskiej jakości zdjęć, które codziennie przewijamy w internecie. Jednak tym razem zainteresowany się wkurzył.
Jest to sytuacja dość niezwykła, ponieważ nawet latami obrażani przez farmy botów politycy czy przedsiębiorcy przyzwyczaili się do bezradności w walce z hydrą silniejszą niż całe narody. Hydrą, która niczym mityczny Atlas dźwiga na swoich barkach ciężar cyfryzacji kolejnych państw, zmniejszania nierówności w dostępie do informacji i przyspieszania rozwoju technologicznego. W dodatku w wielu swych warstwach „za darmo”.
Tą hydrą są oczywiście BigTechy – korporacje, które zasadniczo zmonopolizowały znaczną część przestrzeni cyfrowej i stały się gospodarzami globalizacji. Alphabet, Meta czy dawny Twitter od ponad dekady wykraczają poza tradycyjną działalność medialną. W krajach Zachodu można już mówić o pewnej formie czwartej władzy, a być może nawet trzeciej i pół, ponieważ ich wpływ nie ogranicza się do kształtowania opinii publicznej.
Wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment: kto ma dziś większy wpływ na to, czy polskie MŚP odniesie sukces – sąd, urząd skarbowy czy pozycjonowanie i widoczność firmy w Google? Czy ktoś z nas, szukając części samochodowej, wychodzi jeszcze poza kilka pierwszych wyników wyszukiwania i platform handlowych, nawet gdy część jest kilka ulic od nas?
Przedsiębiorca może posiadać wszystkie wymagane zezwolenia, przestrzegać prawa i regulować zobowiązania podatkowe, a mimo to zostać pozbawiony dostępu do znacznej części rynku w wyniku decyzji podmiotu, z którym nigdy nie negocjował warunków współpracy. Mówiąc precyzyjniej, jego rynkowe „być albo nie być” pozostaje na łasce tego podmiotu. Nie potrzeba do tego decyzji administracyjnej ani wyroku sądowego. Wystarczy zmiana algorytmu, ograniczenie widoczności lub zablokowanie konta reklamowego.
I właśnie z takim systemem postanowił zmierzyć się Rafał Brzoska.
Gdy przyszli po sąsiada, nie reagowałem, bo nie lubiłem sąsiada
Okres 2016–2020 był czasem narastających sporów dotyczących moderacji treści politycznych i społecznych. Platformy coraz częściej decydowały nie tylko o tym, co jest nielegalne, lecz również o tym, co powinno mieć mniejszy zasięg albo całkowicie zniknąć z obiegu.
Początkowo wydawało się, że nie ma w tym nic złego. W końcu nikt nie chce oglądać propagandy totalitarnej, nawoływania do przemocy czy aktów prowokacji. Jednak z czasem, wraz z politykami DEI i kolejnymi zmianami regulaminów platform, granica pomiędzy treścią radykalną a opinią niezgodną z dominującymi przekonaniami stała się przedmiotem coraz ostrzejszych sporów. Zakres tych regulacji potrafił być bardzo szeroki, obejmując na przykład akty „misgenderowania” kobiety z brodą.
Do granic tej logiki doszedł Twitter, który po ataku na Kapitol w styczniu 2021 roku trwale zablokował konto wciąż urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, uzasadniając decyzję ryzykiem dalszego podżegania do przemocy.
Niezależnie od oceny decyzji, incydentu czy samej organizacji QAnon, powstał problem ustrojowy: prywatna korporacja mogła pozbawić urzędującego prezydenta, a zarazem przywódcę partii, która po przegranych wyborach miała przejść do opozycji, dostępu do jednego z głównych kanałów komunikacji w kraju. Weszła w buty instytucji rozstrzygającej sprawy państwowe, i to w okresie bezprecedensowych niepokojów społecznych, bezpośrednio związanych z administracją najpotężniejszego kraju na świecie.
Przejęcie Twittera przez Elona Muska i przekształcenie go w X pokazały drugą stronę tego samego mechanizmu. Wraz ze zmianą właściciela zmieniły się priorytety moderacyjne, a debata o ograniczaniu treści prawicowych ustąpiła kolejnym sporom o dezinformację, teorie spiskowe i ochronę dzieci. Nagle argument „załóżcie sobie własne media społecznościowe” ustąpił miejsca oczekiwaniom dotyczącym regulacji, a nawet pomysłom obowiązkowej weryfikacji tożsamości przed dodaniem komentarza, którym wtórowała publicznie Ursula von der Leyen z całą mocą swojej funkcji i pozycji.
Nie chodzi o to, która strona polityczna aktualnie kontroluje wajchę. Chodzi o fakt, że polityk dla krótkoterminowych zysków pozwolił temu mechanizmowi powstać.
Tym bardziej że współczesny polityk nie ma żadnych przeszkód, aby monetyzować swoje zasięgi, wynikające z pełnionej funkcji. Warto dodać, że taka monetyzacja może być bardziej dochodowa niż dieta poselska. Oczywiście pod warunkiem, że polityk gra do jednej bramki z regulaminem X. Kiedyś kojarzyło się to z korupcją, lobbingiem, czarnymi płaszczami, wschodnim akcentem i walizką. Pomyślcie o tym, gdy widzicie polityka z niebieskim znaczkiem, trochę zbyt rytmicznie postującego na X.
W dodatku za BigTechami stoją przecież konkretni ludzie, zarządy i lokalni przedstawiciele funkcjonujący w określonych systemach gospodarczych i politycznych. Traktowanie tych przedsiębiorstw jako całkowicie apolitycznej infrastruktury staje się coraz trudniejsze, szczególnie gdy wchodzą w obszar technologii podwójnego zastosowania.
Kluczowymi elementami funkcjonowania każdego państwa zawsze były wywiad, kontrwywiad oraz działania mające na celu wpływanie na opinię publiczną, również za pośrednictwem różnego rodzaju fundacji z zagranicznym finansowaniem. Naiwne byłoby zakładanie, że agencje wywiadowcze nie interesują się pracownikami BigTechów, kształtem regulaminów czy sposobami reagowania na sprawy takie jak konflikt Brzoski z Metą. Zwłaszcza w świecie, w którym PsyOps i Cognitive Warfare stają się pełnoprawnymi doktrynami prowadzenia działań wojennych, a każda szansa na moderowanie i przekształcenie takiego sporu we współczesną wersję sprawy Dreyfusa, wraz z jej skutkami społecznymi, to złoto dla każdego wywiadu.
Warto też pamiętać, że najważniejszym produktem z kategorii dual use nie jest dron. Jest nim Google Maps. Produkt, którego nie da się tak łatwo odtworzyć za pomocą kodu generowanego przez AI.
W okresie izraelskich ataków na Liban krążyły pogłoski o problemach z działaniem usług lokalizacyjnych Google i Apple na Bliskim Wschodzie, szczególnie w rejonie Libanu. Rzekomo błędnie wskazywały one lokalizację, a z map miały znikać całe miasta. Były to jednak doniesienia, które nawet dzisiaj trudno jednoznacznie zweryfikować. Pojawiały się argumenty, że tamtejszy region był wadliwie zindeksowany przez Google już wcześniej, a sprawę dodatkowo rozmyły publikacje fact-checkerów o wątpliwej wiarygodności.
Tak czy inaczej, trudno przecenić znaczenie Google Maps, chociażby dla Ukrainy. Mapy te były jednym z narzędzi wykorzystywanych przez ukraińską armię w pierwszych fazach wojny i stanowiły istotny element jej funkcjonowania. Słynne zamawianie ostrzału artylerii aplikacją na wzór Ubera.
Siła oddziaływania BigTechów jest zdecydowanie większa, niż mogłyby sugerować oszukańcze obrazki z wizerunkami osób publicznych. Kluczowe pytanie brzmi, czy przekonamy się o tym dopiero wtedy, gdy zrobimy coś nie po myśli Stanów Zjednoczonych. Bo skoro tam, w stolicy demokracji, przechodzą takie numery jak banowanie prezydenta, to jaką my mamy szansę?
Meta kontra Brzoska
Obserwujemy dzisiaj człowieka, który ma zasoby i pozycję pozwalającą zaatakować hydrę. Brzoska prowadzi krucjatę po ministerstwach, angażuje prawników i szuka wsparcia instytucji publicznych. Problem wykorzystywania jego wizerunku w fałszywych reklamach nie jest zresztą nowy. Już w sierpniu 2024 roku Prezes UODO nakazał Mecie czasowe wstrzymanie wyświetlania podobnych materiałów w Polsce.
Brzoska nie jest jednak pierwszym miliarderem, który się wkurzył.
Wcześniej ścieżkę przetarł Andrew Forrest, australijski przedsiębiorca od lat walczący z Metą w związku z fałszywymi reklamami wykorzystującymi jego wizerunek do promowania oszukańczych inwestycji kryptowalutowych.
Forrest podejmował pierwsze działania już w 2019 roku, a w 2022 roku rozpoczął postępowanie cywilne w Stanach Zjednoczonych. Sprawa, która na pierwszy rzut oka powinna sprowadzać się do ustalenia, kto wykorzystał cudzy wizerunek bez zgody, przerodziła się w wieloletnią wojnę prawną dotyczącą jurysdykcji, odpowiedzialności platformy i dostępu do dowodów.
Według informacji przedstawionych w lipcu 2026 roku przez australijski „Financial Review” koszty prawne poniesione przez Forresta przekroczyły już 60 mln dolarów australijskich (AUD), a prawnicy szacowali, że do zakończenia procesu mogą zbliżyć się do 100 mln AUD. To odpowiednio około 40 i 67 mln dolarów amerykańskich, przy orientacyjnym kursie 0,67 USD za AUD. Są to kwoty, które mogą zachwiać kondycją finansową niejednej spółki z indeksu WIG20.
Puentą nie jest więc wyłącznie koszt procesu Forresta, lecz sam mechanizm w którym poszkodowany siwieje widząc ryzyka prowadzenia powództwa z takimi atrakcjami jak wybór najlepszego stanu w USA do przeprowadzenia ataku, czasu, czy ostatecznie amerykańskiego ekosystemu prawniczego, zaś pozornie prosta sprawa zamienia się w wieloletnie rozstrzyganie niuansów technologicznych. System ten był przez dekady starannie projektowany przez Amerykanów, właśnie jako element swojej dominacji prawnej i biznesowej nad gospodarką od Bretton-Woods po współczesne IT. Nie jest to więc przypadkowy koszmarek i niekompetencja legislatorów a czynny składnik dominacji, który ma zdławić Brzoskę czy Forresta w zarodku.
Jak to się skończy? Rafał Brzoska wygra z Metą. Szczególnie że ktoś pozwolił sobie zaatakować nie tylko jego – osobę publiczną i rozpoznawalnego przedsiębiorcę – ale również członków jego rodziny. Nikt normalny, patrząc na to z boku, nie stwierdzi: „Tak, Brzoska histeryzuje i wyolbrzymia”. Rzecz tylko w tym, że wielu oczekuje, iż Brzoska będzie w tej sprawie walczył za nas, w zamian za ciepłe słowo i poklepanie po plecach. A najlepiej, by sam zapłacił te sto milionów – w końcu jest bogaty.
Co dalej?
Najprawdopodobniej Meta ogłosi kolejne zmiany ponieważ PR-owo sprawa zacznie śmierdzieć, co zostanie odnotowane we wskaźnikach przychodów. Pojawią się oświadczenia o bezpieczeństwie użytkowników, nowe procedury mediacji i deklaracje lepszej współpracy z instytucjami publicznymi.
Ktoś z lokalnego przedstawicielstwa przeprosi, ktoś inny zapewni, że firma traktuje sprawę z najwyższą powagą, a na pożarcie opinii publicznej być może rzucą jakąś specjalistkę od agilów i sufferyzmów, argumentując, że organizacja oczyszcza się z oszustów intelektualnych, odciągając uwagę od sedna problemu.
Wszyscy spróbują coś wygrać. Na koniec Meta, Brzoska i Ministerstwo Cyfryzacji ogłoszą sukces. Szczególnie to ostatnie potrzebuje jak powietrza sukcesu i dobrego PR-u po serii wtop, takich jak chociażby ta z Nvidią i określeniem Polski jako rynku drugiej kategorii. Niby problem został naprawiony, ale niesmak pozostał i obnażył pewien sposób myślenia o Polsce na Zachodzie.
Da się inaczej
Warto zastanowić się, dlaczego fałszywe materiały z Brzoską czy Forrestem wywołują dzisiaj tak duże problemy, skoro podobne zdjęcia powstawały już w erze Demotywatorów, Wykopu i lokalnych portali internetowych, nie wspominając o takich perłach jak Karachan. W dodatku stworzenie przekonującego fotomontażu wymagało wtedy znacznie więcej pracy niż napisanie zwykłego promptu.
Różnica polegała przede wszystkim na strukturze odpowiedzialności.
Lokalne portale podlegały bezpośrednio polskiemu prawu. Administrator był znacznie bliżej użytkownika, podobnie jak instytucje, do których można było skierować skargę. Działała również druga strona tego mechanizmu. Jeżeli ktoś próbował wykorzystać prawo lub moderację wyłącznie po to, aby zamknąć użytkownikowi usta, społeczność potrafiła odpowiedzieć klasycznym efektem Streisand. Szczególnie użytkownicy Wykopu, w przypadku kontrowersyjnych decyzji moderacji, potrafili zaspamować serwis treściami, które próbowano usunąć.
Jednak Wykop, Demotywatory, lokalne wyszukiwarki, a nawet poczciwe fora motoryzacyjne utraciły znaczną część dawnego znaczenia. Porzuciliśmy je, ponieważ produkty BigTechów były lepsze, lepiej dofinansowane i dawały dostęp do globalnego rynku. W dodatku cała warstwa ads. Możliwość reklamowania usług za granicą w ramach jednego medium była fantastycznym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, pozwalającym zbudować cały ekosystem firm usługowych wyspecjalizowanych w SEO i kampaniach AdSense. Każdy kolejny użytkownik zwiększał jednak przewagę globalnej platformy, a wraz z nią rosła bariera wejścia dla lokalnej konkurencji.
BigTechy nie musiały więc zdobywać Europy. Europa sama się do nich przeprowadziła.
Istnieje jednak wciąż niezdobyta wioska Galów o nazwie Seznam. Czeska wyszukiwarka zachowała własny system indeksowania internetu, niezależny od Google. Nie jest to wyłącznie lokalna nakładka na wyniki zagranicznego dostawcy ani produkt przypominający dawne katalogi stron Onetu czy WP. Seznam rozwija własne technologie wyszukiwania, obsługując również współczesne rozwiązania, takie jak protokół IndexNow.
Nie chodzi nawet o to, czy jest lepszy od Google’a. Chodzi o sam fakt, że niewielki kraj europejski zachował własny fragment infrastruktury cyfrowej, w której może poruszać się lokalny biznes, bez ryzyka walki z hydrą na drugim końcu świata.
Warto zestawić ten przykład z polską dyskusją o KSeF i samodzielności technologicznej infrastruktury państwowej. Dużo kontrowersji wzbudziły argumenty dotyczące dostępu zagranicznych podmiotów do tak kluczowego obszaru wiedzy, jakim jest krwiobieg gospodarki. Nie było żadnego powodu, by zorganizować to w ten sposób. Nie przy współczesnych kosztach tworzenia oprogramowania i dostępnej wiedzy o budowaniu rozwiązań chmurowych. Nie ma również żadnych technicznych wyzwań i konieczności B+R, by portale rządowe nie padały przy większym ruchu, jak w przypadku RCB i poradnika bezpieczeństwa.
Wszystko to kwestia mindsetu i organizacji, a nie tego, że nie potrafimy zrobić tego dobrze. Oczywiście możemy tę logikę rozszerzyć na każdy produkt IT o przeznaczeniu Gov-to-Gov, dochodząc do grubszych przedsięwzięć, takich jak np. Pegasus.
Suwerenność technologiczna nie wymaga, aby każde państwo posiadało własny odpowiednik wszystkich produktów BigTechów. Wymaga natomiast, aby w strategicznych obszarach istniały rzeczywiste alternatywy, a nie jedynie możliwość wyboru pomiędzy różnymi produktami działającymi na tej samej zagranicznej infrastrukturze. Zaś kwestią jakości państwa i jego dojrzałość jest zdefiniowanie, co stanowi o suwerenności technologicznej.
Europa próbuje dogonić przeszłość
Problem ten dotyczy również sztucznej inteligencji.
Europa ponownie próbuje zbudować własną konkurencję dla silnie dokapitalizowanych przedsiębiorstw amerykańskich. W Polsce rozwijany jest Bielik, we Francji Mistral, a kolejne inicjatywy narodowe i unijne próbują stworzyć alternatywę dla dominacji OpenAI, Anthropic i Google’a. Tyle że nawet opracowanie konkurencyjnego modelu językowego nie oznacza jeszcze zbudowania konkurencyjnego przedsiębiorstwa. Amerykańscy pionierzy AI posiadają nie tylko zaawansowane modele, lecz również infrastrukturę obliczeniową, globalną dystrybucję, dostęp do kapitału i relacje z administracją państwową.
Może więc warto odwrócić tę logikę?
Zamiast tworzyć kolejne kopie istniejących produktów, szczególnie kopie przyjazne politykom i wszelkim cenzorom, nie użytkownikom, takie jak „W Social”, można wykorzystać AI do odbudowy infrastruktury cyfrowej, którą Europa stopniowo utraciła na rzecz BigTechów. Szczególnie że rozwój sztucznej inteligencji zmienia ekonomikę tworzenia oprogramowania i może obniżać bariery wejścia w obszarach, w których przez ostatnie dwie dekady praktycznie nie pojawiała się nowa konkurencja.
Mamy wiele przykładów tego, jak działało to w drugą stronę. Jednym z nich jest TomTom i europejska motoryzacja.
Dlaczego wbudowane systemy nawigacyjne producentów samochodów zaczęły tracić znaczenie na rzecz Apple CarPlay i Android Auto? Nie dlatego, że europejski przemysł nie potrafił stworzyć elektronicznej mapy. Przeciwnie, w wielu europejskich samochodach z lat 2010–2020, różnych producentów, na ekranie deski rozdzielczej znajdowała się nawigacja holenderskiego TomToma, z różnymi nakładkami graficznymi producentów.
Apple i Google wykorzystały przewagę zbudowaną na rynku smartfonów do stopniowego zwiększania swojej obecności w motoryzacji. Samochód stał się kolejnym urządzeniem, do którego użytkownik chciał przenieść znane mu środowisko cyfrowe. Dodatkowo usługi te pozwoliły na cyfryzację starszych samochodów, pozbawionych ekranów nawigacji lub wyposażonych w przestarzałe systemy multimedialne, i to niezależnie od marki. Wszystko w oparciu o produkt, którego ewolucje Europa przespała, oraz plastikowy, przyklejany uchwyt. Dodajmy jeszcze, że za darmo.
Nie wymagało to przejęcia producentów pojazdów ani budowania własnych fabryk. Wystarczyło stworzenie warstwy oprogramowania, której konsumenci chcieli używać niezależnie od marki samochodu. Reakcją producentów była zgoda na ten mechanizm: zaczęli oferować Apple CarPlay i Android Auto jako element wyposażenia i argument sprzedażowy, całkowicie poddając walkę.
Rozwój agentów AI może powtórzyć ten mechanizm na znacznie większą skalę. Zostając przy motoryzacji, właśnie w ten model celuje Tesla integrując nowe generacje samochodów z Grokem – autonomiczny samochód jako przedłużenie agenta AI. W tej samej doktrynie coraz częściej projektowane są nowe chińskie samochody, te których jeszcze u nas nie ma ponieważ są zbyt awangardowe dla europejskiego konsumenta.
Rozwój AI nie ograniczy się do świata cyfrowego. Postępująca integracja modeli językowych z systemami Vision-Language-Action i robotyką może doprowadzić do sytuacji, w której ta sama infrastruktura będzie odpowiadała zarówno za przetwarzanie informacji, jak i za wykonywanie czynności w świecie fizycznym. To tworzy kolejną warstwę moderacji i arbitralne decyzje gdzieś na drugim końcu świata. Coś jak prześmiewczy cd-key do F-35, który nie wiadomo czy dostaliśmy, tylko że na poważnie i dotykające nas w realnym codziennym wymiarze.
Dodatkowo za chwilę będziemy mówić o robotach humanoidalnych i konkurowaniu poprzez optymalizację kosztów pracy. Czy polski przedsiębiorca, aby pozostać konkurencyjnym, będzie musiał pogodzić się z tym, że otrzyma gorszego Optimusa (notabene produkowanego przez Teslę) niż jego francuski czy niemiecki konkurent? Być może nie otrzyma go wcale. Czy w takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem będzie wysłanie delegacji Ministerstwa Cyfryzacji po prośbie do Elona?
Ostatni dzwonek
Polska nie musi tworzyć własnego Facebooka, aby ograniczyć zależność od Mety i innych BigTechów, podobnie jak Europa nie potrzebuje kolejnej kopii amerykańskiego produktu AI z przyklejoną polską flagą i narracją polityczną rodem z Albicli. Zamiast odtwarzać rozwiązania, które swoją dominację zbudowały kilkanaście lat temu, możemy rozwijać technologie i produkty oferujące zupełnie nową wartość. Takie, dzięki którym Facebook i jego scamowe reklamy umrą niczym MySpace i stare, niegdyś popularne serwisy, zawalone dzisiaj reklamami kasyn i portali randkowych.
Marketplace agentów B2B, stopniowo eliminujący przedstawicieli handlowych i fizyczne negocjacje? Czemu nie, to i tak się kiedyś wydarzy. Obszarów, które dopiero powstaną, jest nieskończenie wiele. Kwestią pozostaje odwaga w finansowaniu takich przedsięwzięć.
Rafał Brzoska, Sebastian Kulczyk i inni przedsiębiorcy inwestują zarobione pieniądze w start-upy. Jest to dość unikalne, ponieważ przyjęło się inwestowanie nadwyżek w beton jako bezpieczne, start-upy wymagają wizji i odwagi. Jednak inwestycje te nie sprowadzają się wyłącznie do dokapitalizowania młodych spółek. Towarzyszy im ocena potencjału technologicznego i biznesowego, angażowanie ekspertów oraz identyfikowanie rozwiązań, które mogłyby stworzyć realną alternatywę dla istniejących produktów BigTechów. Właśnie w ten sposób, poprzez świadome budowanie własnego stosu technologicznego, możemy stopniowo odzyskiwać suwerenność cyfrową.
Jednak nawet połączone zasoby kilku miliarderów nie wystarczą, aby zbudować skalę finansową pozwalającą konkurować na najwyższym poziomie technologicznym. Być może potrzebujemy więc twardego Reality Check naszego ekosystemu start-upowego i naukowego. Szczególnie instytucji i agencji rządowych działających w formule fundacji, w których więcej zasobów poświęca się utrzymaniu własnej struktury niż rozwojowi i finansowaniu rzeczywistych technologii, o czym zresztą alarmuje niedawny raport Najwyższej Izby Kontroli.
Stąd potem biorą się takie potworki jak konkursy, w których start-up ma dwie minuty na zaprezentowanie swojego przedsięwzięcia. Buduje to poczucie, że start-up i founder to gra oraz lifestyle, a nie szansa, którą zdolny młody człowiek daje naszemu systemowi na chwilę zanim zrezygnowany emigruje pracować w Googlu czy OpenAi. Ileż to razy widziałem, jak doktor, który pół życia spędził w międzynarodowych laboratoriach, przekuwa swoją wiedzę i doświadczenie w produkt, wraca z eventu start-up’owego z kwitkiem ponieważ nie zrobił dobrego Jobsa na scenie. Myślę, że nawet tak sprawny sprzedawca jak Sam Altman nie zdołałby w ciągu dwóch minut wyjaśnić, czym właściwie jest OpenAI. Liczy się to, że agencja wydała zabudżetowane pieniądze na event.
Może warto również odczarować krajowe inwestycje kapitałochłonne, które kojarzą się nam przede wszystkim z nieudaną Izerą i polityczną pałą do okładania. Nie dostrzegamy przy tym, że nikt w Europie nie ma takich sentymentów, budując z budżetu dla własnego przemysłu całe miasta pracownicze, przewody B+R lub finansując wynagrodzenia postojowe, gdy pojawiają się problemy, jak np. teraz w przypadku Maserati.
Mamy gotowe instrukcje, jak robi się takie rzeczy. Choćby południowokoreański Samsung, który ponad dekadę temu rzucił rękawicę Apple, i od tego czasu nie schodzi z podium najlepszych producentów smartfonów, czy zespół muzyczny BTS, bojkotujący nagrody Grammy z powodu ograniczenia zespołu jedynie do konkurowania w kategorii najlepszych azjatyckich zespołów, nie globalnych. Wszystko to powstawało przy znaczącym i skalkulowanym na międzynarodowy efekt udziale państwa, bez wszelkich populizmów i zgadywanek czy to komunizm czy wolny rynek. Chińskich przykładów nie wspominam, by nie rozwlekać felietonu na dziesiątki stron i w sumie, by nie kopać leżącego.
Reality Check to zadanie trudne, wymagające posypania głowy popiołem i powyciągania trupów z szafy przez decydentów – nie tylko polskich, ale również europejskich. Tych samych polityków, którzy lata temu dostrzegli korzyść w banowaniu i zagłuszaniu opozycji. O wiele łatwiej poklepać Rafała Brzoskę po plecach, życzyć mu powodzenia w sądzie, wydać pieniądze na raport lub ustawę, a następnie przypisać sobie sukces ElevenLabs czy Roberta Lewandowskiego, przedstawiając je jako „NASZE” narodowe osiągnięcia. Mimo że sukcesy te powstawały często pomimo oporu naszych ekosystemów, a nie dzięki nim.

